Scarlett Johansson – wywiad

scarlett.jpg
GALA: Od dziecka masz taką chrapliwą barwę głosu?

SCARLETT JOHANSSON: Od kiedy pamiętam. Chociaż pewnie z wiekiem ten mój głos się zmieniał. Kiedyś nawet trochę się tego wstydziłam, ale teraz wiem, że to mój wielki atut. Lubię go. Niektórzy twierdzą nawet, że dzięki niemu jestem aktorką charakterystyczną.

GALA: Pochodzisz z rodziny o polskich korzeniach…

S.J.: Wywodzimy się z polskich i chyba także rosyjskich Żydów. Ale przyznam, że nie znam zbyt dobrze drzewa genealogicznego mojej rodziny. Moi przodkowie musieli emigrować z Polski w czasie II wojny światowej. I, jak zawsze w takich sytuacjach, była to dramatyczna decyzja. Ale zarówno ja, jak i mama wychowałyśmy się już w Stanach Zjednoczonych, jesteśmy związane z tą kulturą. Chociaż pamiętam z dzieciństwa, że mama wspominała czasem o naszych polskich krewnych. Jestem bardzo dumna ze swojego pochodzenia. Nie tylko polskiego. Po ojcu jestem przecież Dunką.

GALA: Byłaś kiedykolwiek w Polsce?

S.J.: Nie. Wiem tylko, że teraz jest tam dość zimno. Skorzystam z pierwszej nadarzającej się okazji. Najchętniej przyjechałabym w Boże Narodzenie. Słyszałam, że wtedy w Polsce jest najpiękniej.

GALA: Twoja mama Melanie jest producentką filmową i pomaga ci jako menedżerka. Nie przeszkadza ci, że musisz łączyć życie zawodowe z rodzinnym?

S.J.: Na szczęście nie jest tak, że każdą wolną chwilę z mamą spędzamy na rozmowach o kolejnych kontraktach i potencjalnych rolach. Dobrze wiemy, kiedy jest czas na dyskusje biznesowe, a kiedy na przyjemności i sprawy prywatne. Poza tym z mamą nie widujemy się znowu tak często.

GALA: Utrzymujesz kontakt z ojcem?

S.J.: Tak, choć od blisko dziesięciu lat nie mieszkamy razem. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam trzynaście lat. Od tego czasu wychowywała mnie mama. Widocznie tak musiało być… Nie mam o to do nikogo żalu. Cieszę się, że wszyscy umieliśmy sobie ułożyć życie na nowo. Miałam okazję poznać Christiana, syna ojca z drugiego małżeństwa. Polubiliśmy się. Tworzymy teraz wielką rodzinę Johanssonów.

GALA: Rzadko ujawniasz fakty z życia osobistego.

S.J.: Nie znoszę pytań o prywatność i nie mam obowiązku na nie odpowiadać. Nie jestem politykiem. Oni mają to wpisane w ryzyko zawodowe. Ja nie.

GALA: Odżegnujesz się od polityki, a przecież zaangażowałaś się w kampanię prezydencką demokraty Johna Kerry’ego.

S.J.: Zrobiłam to, ponieważ wierzę, że w Ameryce trzeba coś zmienić. Boję się, że obecna władza dąży do ograniczenia wielu swobód demokratycznych. Nie mogę tego zaakceptować. Podobnie postąpiło zresztą wielu artystów.

GALA: Masz ledwie 22 lat, a zagrałaś mnóstwo znakomitych ról. Nie masz wrażenia, że to wszystko przyszło zbyt szybko?

S.J.: Może tak właśnie musiało być? Przeznaczenie? Czasem wydaje mi się, jakbym była w tym biznesie od zawsze.

GALA: Jak bardzo zmieniłaś się od czasu „Zaklinacza koni”?

S.J.: Wierzę, że ja się nie zmieniłam. To świat dookoła zwariował. Dla mnie punktem zwrotnym był film „Między słowami”. Zaskoczył mnie sukces, jaki odniosła ta skromna produkcja. Z dnia na dzień wszyscy chcieli się ze mną spotykać, umawiać na wywiady. Czułam się trochę oszołomiona. Może nawet trochę przerażona. Praca aktora to emocjonalny rollercoaster.

GALA: Jak sobie radzisz z presją?

S.J.: Medytuję, stosuję specjalną dietę, piję tajemne eliksiry… Żartowałam.

GALA: „Czarną Dalię” kręciliście częściowo w Bułgarii. Podobała ci się?

S.J.: Inne obyczaje, inna kultura. To zawsze inspiruje, nawet jeśli na początku trzeba włożyć trochę wysiłku w przełamywanie obyczajowych barier.

GALA: Josh Hartnett powiedział mi niedawno, że praca na planie w Bułgarii była bardzo ciężka.

S.J.: Było ciężko, ale przyjemnie. Moi filmowi partnerzy spędzili tam sporo czasu, jeśli się nie mylę – ponad cztery miesiące. Ja – zaledwie pięć tygodni. Dla Josha i Aarona (Eckharta – red.) męcząca mogła być ta długa nieobecność w domu. Poza tym mieli do zagrania trudne role. W filmie początkowo są przyjaciółmi, potem stopniowo przestają sobie ufać. Grają nie tylko detektywów, lecz także bokserów. Musieli włożyć sporo wysiłku w tę pracę.

GALA: Kilka tygodni na planie „Czarnej Dalii” stało się początkiem twojej długiej, pięknej przyjaźni” z Joshem.

S.J.: To prawda, byliśmy sobie bliscy. Josh jest wspaniałym, mądrym człowiekiem. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Ale z czasem nasze drogi się rozeszły. Jak to w życiu.

GALA: W filmie zbliżyliście się z Joshem do siebie bardzo dosłownie. Gracie razem w najbardziej namiętnej scenie.

S.J.: Nawet najbardziej romantyczne sceny w filmie powstają w zdecydowanie mało romantycznych okolicznościach. Co więcej, sceny intymne odgrywa się najtrudniej. Wymagają największego skupienia i zdyscyplinowania. Trzeba opanować wstyd i zdenerwowanie. Nie jest łatwo zagrać przekonująco namiętność na oczach wieloosobowej ekipy. Starasz się wczuć w rolę, zastanawiasz się, jak ona miałaby wyglądać, a sześćdziesięciu elektryków gapi się na ciebie, pogryzając kanapki. To mało komfortowa sytuacja.

GALA: Podobno podpisując kontrakt na każdy kolejny film, zastrzegasz, że nie będzie scen rozbieranych?

S.J.: To prawda. Występuję czasem w scenach intymnych, ale nie wymagały one ode mnie nigdy obnażenia się. I tego mam zamiar się trzymać.

GALA: Powiedziałaś kiedyś, że hollywoodzcy aktorzy mają duży problem z życiem w monogamii…

S.J.: Powiedziałam, że ludzie w ogóle mają problem z monogamią. Ludzie z natury są zaprogramowani na prokreację. To atawizm. Z drugiej strony cywilizacja, kultura nakładają na nas pewne ograniczenia. Rezygnujemy z przyjemności w imię lojalności, wierności, uczciwości. Tego, co dla nas ważne. Mam wrażenie, że natura jest w ciągłym konflikcie z kulturą. Nie powinnam się mądrzyć. To jest sprawa dla psychiatrów i teoretyków ewolucji.

GALA: Nie masz wrażenia, że wśród aktorów odsetek tych, którzy wybierają naturę, jest większy niż w innych grupach zawodowych?

S.J.: Pewnie masz rację. Ten zawód wiąże się z podróżami, przemieszczaniem się, samotnymi wieczorami w hotelach i hotelowych barach…

GALA: Jakbym widział scenę z „Między słowami”.

S.J.: Dobry trop. Podczas pracy na planie czułam tę atmosferę. Być może jeszcze lepiej czuł to Bill Murray. Myślę, że jest kilka zawodów, które są bardziej narażone na pokusy i pułapki życia. Choćby biznesmeni. Żyją w ciągłym napięciu, przeważnie w trasie, z dala od rodziny… Przychodzi taki moment, że nie jesteś w stanie znieść samotności. A z tego rodzi się nowa namiętność. Dlatego tak ważne jest, by pielęgnować uczucie.

GALA: Ty to potrafisz?

S.J.: Nikt nie jest doskonały. Ale staram się. Dotąd przeważnie wiązałam się z aktorami i jakoś to funkcjonowało. Może związek dwojga aktorów nie jest najgorszą rzeczą pod słońcem?

GALA: Umiesz utożsamić się z Kay, którą grasz w „Czarnej Dalii”?

S.J.: Kay to samotna i romantyczna kobieta, która potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, a jest zmuszana do trudnych wyborów. W filmie waha się między Lee (Eckhart – red.) a Buckym (Hartnett – red.). Nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji.

GALA: Chciałabyś jeszcze kiedyś zagrać w duecie z Joshem Hartnettem?

S.J.: Trudne pytanie. Nadal jestem pełna podziwu dla talentu Josha. On jeszcze wiele osiągnie.

GALA: Jak zapamiętasz Briana De Palmę, reżysera „Czarnej Dalii”?

S.J.: Mocny, charyzmatyczny facet, który dokładnie wie, na czym mu zależy.

GALA: Można porównać pracę z nim i z Woodym Allenem?

S.J.: Praca z De Palmą jest na pewno niezwykle ekscytująca. Tu wszystko dzieje się w dużym tempie, a Brian wymaga od całej ekipy pełnego profesjonalizmu. Na planie czuje się buzującą adrenalinę i twórcze napięcie. Mam nadzieję, że to widać po rezultatach. Z kolei Woody Allen jest niezwykle ujmującym, uzdolnionym człowiekiem. Ale praca z nim wcale nie jest łatwiejsza. Podczas kręcenia „Wszystko gra” bardzo się bałam, że nie sprostam jego wymaganiom. Czasem to mnie wręcz paraliżowało. A potem zaproponował mi rolę w „Scoop” i… znów było to samo.

GALA: Twojej tremy nie widać na ekranie.

S.J.: Całe szczęście. Mam nadzieję, że to komplement (śmiech).

GALA: Zdecydowanie. Woody Allen ma chyba podobne zdanie na ten temat. Niebawem trudno będzie wyobrazić sobie jego film bez ciebie. Jak się czujesz jako jego muza?

S.J.: Dziennikarze wymyślili to określenie. Przyznaję, że bardzo miłe. Woody jest przemiłym facetem i mogę chyba powiedzieć, że zaprzyjaźniliśmy się. Mamy wiele wspólnych tematów, podobne poczucie humoru. Oboje wywodzimy się z Nowego Jorku, mamy podobne korzenie. U Woody’ego cenię też to, że szanuje ludzi, z którymi pracuje, i jest szalenie skoncentrowany na najmniejszym nawet detalu. Mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas nie zrezygnuje z moich usług. Bo dla mnie, aktorki na dorobku, to wielki zaszczyt i znakomita szkoła.

autor: Maciej Wesołowski,

przeczytaj tez to:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s