Mroczna epoka Mroczków – wywiad z Janem Nowickim

Jan Nowicki

Z Janem Nowickim rozmawia Przemysław Szubartowicz.

Przemysław Szubartowicz: Jakie ma pan wrażenia po ostatnim festiwalu filmowym w Gdyni?

Jan Nowicki: Ten festiwal nie ma kompletnie żadnego znaczenia. To jest taka zabawa środowiskowa. Moim zdaniem, sens mają te festiwale, których werdykty powodują, że film, aktor czy reżyser zdobywają popularność, albo gdy idą za tym jakieś pieniądze. Sądzę, że Oscar coś oznacza, bo po otrzymaniu tej nagrody aktor dostaje następną rolę, a reżyser środki na film. Po Gdyni nic takiego się nie dzieje. W Polsce jest tak, że gdy Jadzia Jankowska-Cieślak dostała Złotą Palmę w Cannes, to ją tu nazywano „ta pieprzona palemka”. Niech mnie pan nie pyta o wrażenia, bo ich nie mam.

– A nie ucieszyła pana nagroda za najlepszą rolę męską w filmie Jacka Bławuta „Jeszcze nie wieczór”?

– Moja Małgosia bardzo była przejęta, czy dostanę tę nagrodę, czy nie, więc chciałem ją dostać, by ona się ucieszyła. Przecież pan wie, że ja jestem w takim wieku, że lata mi zarówno nagroda, jak i jej brak. Nie grałem żadnego menela, albo ubeka, nie dialogowałem z żoną nad zlewem, tylko zagrałem samego siebie. Zawodowo wykonałem to, co trzeba i co umiem, w bardzo znaczącym filmie, zrobionym przez faceta, który – jeżeli będzie mu się chciało uprawiać kino fabularne, bo on jest z dokumentu – będzie absolutnie wybitnym reżyserem, mimo że ma 50 lat. A poza tym, wie pan, zaziębiłem się, puste knajpy w Gdyni, jakby dżuma przeszła, okropne jedzenie, w barze spuszczają kratę o jedenastej, szkoda gadać. Teraz krytycy kłócą się, jakie filmy powinny zostać uhonorowane, a jakie nie, tak jakby doszli do wniosku, że kinematografia należy do nich. Może więc powinienem oddać swoją nagrodę? Zachowam sobie te 15 tys., które dostałem, natomiast splendor w każdej chwili mogę oddać. Wisi mi on.

– Zmieńmy zatem temat. Czy pan jest sentymentalny?

– Myślę, że tak. Jestem sentymentalny i nieśmiały. Dobre pytanie pan zadał, ponieważ mój wizerunek, kształtowany w dużej mierze przez role, a także przez to, co piszę, wygląda zupełnie inaczej. Ale tak to zwykle bywa, że ten, który jest nieśmiały, udaje strasznego bohatera albo brutala. Moją nieśmiałość fantastycznie uchwycił Kazio Kutz. Jemu jednemu to się udało. Cała reszta bierze mnie za jakiegoś bandziora, karciarza albo kobieciarza, co jest kompletnym nieporozumieniem.

– To tylko pozór?

– Wyłącznie. Owszem, zajmowałem się pisaniem o kobietach na przykład do „Zwierciadła”, ale to głównie z lęku przed nimi i braku znajomości rzeczy.

– Nie kokietuje pan teraz trochę?

– Ani trochę. Wiedzę o kobietach czerpię z intuicji. A najlepszym dowodem na to, że jestem sentymentalny, jest fakt, że spotykamy się właśnie tu, w moim domu niedaleko rodzinnego Kowala. To jest absolutnie nie najgorsze miejsce na świecie, tu najlepiej jest wracać do wspomnień. Bo być sentymentalnym to przecież wspominać.

– Tęsknić?

– Tak, tęsknić także.


– Za czym? Za czasami „Dziury w ziemi” Andrzeja Kondratiuka, czyli pańską młodością?

– Nie za czasami, ale za takim prostym, zwyczajnym oglądem świata, jaki reprezentowała moja matka, jaki reprezentuje moja siostra albo Grzesio, który jest tu moim sąsiadem. Bardzo często przyjeżdżałem tu tylko po to, żeby zorientować się na przykład, co oznacza sukces.

– I co oznacza?

– Tak naprawdę gówno oznacza. Wie pan, kiedyś dużo się opowiadało. Dziś się mało opowiada, bo wszystko jest w telewizorze. 20, 30 lat temu, gdy wracałem z podróży, do rana opowiadałem, jak wygląda Argentyna, Caracas, Buenos Aires, jakie są ulice, architektura, ludzie, zwyczaje. Jak już skończyłem takie długie opowiadanie przy wódeczce czy piwku, na końcu mama mnie pytała: a ile to jest kilometrów stąd? Nie wiem, pewnie z 15 tys. Wtedy ona ścierała jakieś niewidzialne okruchy ze stołu i mówiła: to za daleko.

– W filmie Jima Jarmuscha „Inaczej niż w raju” pada znamienne zdanie, że w gruncie rzeczy wszędzie jest tak samo.

– Dokładnie tak samo uważam. I właśnie dlatego trzeba zobaczyć świat, z tego jedynego powodu, żeby przekonać się, że trzeba być tutaj, u siebie. Według mnie, interesujące bycie na tym świecie to jest gra wyobraźni, a nie zmiana miejsc. Podstawowe rzeczy, a więc narodziny, miłość i śmierć, wszędzie przebiegają jednakowo.

– Ale w różnych częściach świata ludzie różnie się boją śmierci.

– W sprawie śmierci mam ogromną pretensję do naszej religii, która jest totalitarna, wszystkich ustawia w szeregu i każe się nam bać. Bo wiadomo, że jak się ludzie boją, łatwiej można na nich wpływać. To wielki błąd, ponieważ powinniśmy raczej się uczyć, jak z uśmiechem żegnać ten piękny świat.

– A nie jest tak, że religia, obiecując wieczność, raczej każe nam się bać żyć? Że nie pozwala nam „zdradzać Boga”, z którym za życia raczej i tak się nie spotkamy, a wszystkie sprawy wyjaśnimy sobie kiedyś, a nie tu i teraz?

– Wie pan, jak się człowiek boi czegokolwiek, to i tak nie żyje albo żyje pod dyktando. Skoro już mówimy o Bogu, to moim zdaniem, najpiękniejszy Bóg to Bóg naszego dzieciństwa. Nie wiem, czy to także jest sentymentalizm, ale ten Bóg z jasełek, w sumie przychylny, brodaty pan wciąż dla mnie żyje właśnie tu, w rodzinnych stronach. A w Krakowie, Budapeszcie czy Nowym Jorku on ma zupełnie inną twarz.

– Pan żyje bez strachu?

– Ja się boję wszystkiego.

– Ale raka się pan nie boi, bo od lat pali pan jak smok.

– No, w tym przypadku liczę na przychylność Boga. Ale, wie pan, starość, do której się zbliżam, ma niewiele plusów, choć z całą pewnością ma jeden: że pewne używki już mi nie zaszkodzą, a jak zaszkodzą, to specjalnie nie będzie czego żałować. Tak, boję się wszystkiego i wcale nie robię sobie z tego wyrzutów. I umiem się przyznać do tego, że się boję, a to jest szalenie niepopularne, ponieważ większość ludzi udaje, że nie boi się niczego. Strasznie są przebojowi, udają gierojów, a ja dalej boję się na przykład wichury.

– Pan żartuje?

– Ani mi to w głowie. Gdy wieje ogromny wiatr, to się boję. Ale znajduję w tym strachu pewien powab. I wcale nie chcę się tego wyzbyć, bo to pięknie bać się burzy, wiatru, groźnych zjawisk przyrody.

– Żyje pan wbrew zaleceniom popkultury czy pop-psychologii, która mówi: idź z otwartą przyłbicą, bądź tylko szczęśliwy, udawaj, że niczego ci nie brakuje.

– To są sakramenckie pierdoły. Za tym idzie określony poziom gazet, rozrywki itd. Staram się od tego izolować. A wracając do strachu. Czy pan wie, ile uroku jest w strachu przed starym cmentarzem?

– Ma pan na myśli duchy czy złodzieja, który wyrwie panu portfel?

– Ja się boję duchów, choć nie jestem do końca przekonany, czy one istnieją. Cały czas boję się też o los moich najbliższych, czy coś im się nie stanie, choć wiem, że coś im się kiedyś stanie. Tylko nie wiadomo, czy najpierw stanie się mnie, czy im. Nie potrafię uwolnić się od tego lęku. Może to jest jakiś pierdolec, ale ilekroć patrzę na piękny pejzaż, to od razu boję się, że ktoś może go zbrukać albo że zapadnie się pod nim ziemia. Gdy patrzę na piękno, doskwiera mi jednocześnie poczucie ewentualnej straty. Nie umiem uwolnić się od takich myśli.

– Aktorstwo panu nie pomogło? Kiedyś pan napisał, że z aktorem to lepiej nie jadać, nie sypiać ani nie rozmawiać…

– Ale można go podziwiać… Jakby to panu powiedzieć… Nigdy nie przepadałem za sobą. Nawet gdy opinie pań na temat mojej fizyczności czy krytyków o moich rolach były pozytywne, nigdy w to nie wierzyłem. W momencie gdy ktoś mnie komplementuje, raczej towarzyszy mi poczucie zagrożenia oraz przeświadczenie, że ktoś sobie ze mnie robi jaja. W związku z tym myliły mi się świetne role z tymi złymi. Dlatego zawsze rozpatrywałem je pod kątem tego, czy utoczyłem trochę krwi, czy coś się ze mną prywatnie stało, na ile utożsamiłem się z graną postacią, a nade wszystko, ile złego się od niej nauczyłem.

– Mieszały się panu role z życiem prywatnym?

– Był taki okres.

– Tak jak Tadeuszowi Łomnickiemu, który podobno po spektaklu przez 45 minut dochodził do siebie.

– To cena, którą się płaci za ten zawód i o której dziś 90% aktorów nie ma pojęcia. Nasz zawód jest w tej chwili w kompletnej defensywie, a nawet można powiedzieć, że jest w zaniku.

– W teatrze też?

– Tak, ponieważ teatr stał się teatrem inscenizacji, reżyserii i naprawdę nie jest tak łatwo znaleźć dziś wielką rolę u Krystiana Lupy. Ja sam nie wiem, czy jestem w stanie powiedzieć jeszcze, na czym polega aktorstwo, ponieważ stopień otumanienia jest obecnie tak ogromny, jeżeli chodzi o produkcje aktorskie, że my już w ogóle nie wiemy, gdzie to aktorstwo jest. Oglądałem w telewizji przeniesiony z Teatru Narodowego spektakl „Narty Ojca Świętego” w reżyserii Piotra Cieplaka. Patrzyłem na Janusza Gajosa i myślałem sobie: kurwa, czy ktoś widzi, jak on gra? Czy Mroczek, Cichopek i cała ta serialowa hałastra widzą, co ten facet robi ze swoją rolą? Przecież tego, co on pokazuje w ciągu minuty, oni nie zrobią w ciągu całego życia.

– Czuję, że z rozmysłem wymienia pan nazwisko Mroczek, bo już pan kiedyś o tych gwiazdorach z „M jak miłość” ostro mówił.

Mroczkowie stali się dla mnie pewnym symbolem. Mroczna epoka Mroczków, to się narzuca. Któryś z nich do mnie nawet kiedyś zadzwonił, żebym dał im spokój. Powiedziałem mu: bardzo przepraszam, ale tak mi się pan jakoś nawinął, a poza tym pan jest, zdaje się, studentem politechniki, to nie powinno to pana boleć. Bo gdyby się dotknęło zawodowego aktora, to mógłby czuć się dotknięty, ale taki Mroczek nie ma prawa do oburzenia.

– Ale może pan temu Mroczkowi niesłusznie odbiera wrażliwość? W końcu on gra…

– Gra? Pan żartuje! On niczego nie gra. W moim zawodzie ostali się w zasadzie tylko ci, którzy mają charaktery. Gajos, Frycz, Globisz, Trela, Władek Kowalski… Nazywam ich świętymi.

– Czy więc rzeczywiście jest pan nieśmiały, skoro umie pan powiedzieć: Mroczek to jest nikt, prawdziwe aktorstwo jest gdzie indziej?

– Proszę pana, to nie jest kwestia śmiałości, tylko przyzwoitości. Są dwa obszary, w których nie umiem kłamać: sztuka i jedzenie. Nigdy nie pochwalę czegoś, co jest niesmaczne. Uważam, że w smaku jest coś wzniosłego. Nie mogę powiedzieć: smakuje mi zupa, gdy jest ewidentnie do dupy, bo kogoś bym tym obraził. Siebie, tego, który spieprzył to jedzenie, a także tego, który umie je przyrządzić. Moim przeciwieństwem w sprawie jedzenia był mój świętej pamięci przyjaciel, pan Piotr Skrzynecki. Gdy było nawet najohydniejsze jedzenie, to on na końcu mówił: ach, jaki pyszny chlebuś.

– Taki był uprzejmy dla ludzi?

– Tak, umiał ratować sytuację.

– Mówi pan o wielkich aktorach: święci. Ale ci inni na ogół mówią: to tylko praca. Nie ma w panu na to zgody?

– Pan jest uśmiechniętym człowiekiem, a dotyka pan teraz mojego przygnębienia. A ja się mojego przygnębienia wstydzę. Istnieje taka obiegowa opinia, zresztą niepozbawiona słuszności, że jak człowiek dojdzie do pewnych lat, to zaczyna zrzędzić. Siedzi na kanapie i ma za złe. Mnie prywatnie narzekanie starców okropnie się podoba. Bo co oni mają lepszego do roboty? Muszą narzekać. Lubię wściekłą starość. I dlatego wszystko, co panu powiem o zaniku aktorstwa, będzie bez sensu.

– A jednak pan mówi: zawód aktora upadł.

– Bo to jest oczywiste, że upadł. Dla mnie, który jest na to wściekły. Ale dla pani Pietruszkowej nie upadł. Kwestią jest to, że pojawiły się antywartości, które traktuje się jak wartości. One w tej chwili królują, są dominujące, a przeciwstawianie się im jest ryzykowne. W tym sensie, że to, co mówi stary aktor, były aktor, jakim jestem, kojarzy się z goryczą. Bo wie pan, jak to jest: acha, on ma 69 lat, jest emerytowanym aktorem, a więc to znaczy, że starzec wspomina młodość, dobre lata i nic mu się nie podoba dookoła.

– Tylko co w tym złego? Ja mam trzydzieści parę lat mniej niż pan i mnie się też nie podoba wszystko dookoła.

– Ale jak ja mogę do pana trafić i do ludzi podobnie myślących, skoro moje ostatnie cztery filmy nawet premiery nie miały? Teraz z Jackiem Bławutem nakręciłem piąty, „Jeszcze nie wieczór”, z którym prawdopodobnie będzie tak samo. Film „Niepochowany” Marty Mészáros, gdzie grałem Imre Nagya, przywódcę powstania węgierskiego ’56 roku, niesie informację z całkiem nowej historii. Bo co to jest pięćdziesiąt parę lat? To jak pierdnięcie. Tylko że okazuje się, że ludzi nawet nie interesuje historia ich ojców i dziadów. Myślę, że w tym obrazie zagrałem najlepszą rolę swojego życia, jeśli chodzi o kino, i… nie ma premiery. Z Filipem Bajonem zrobiłem „Fundację” i też nie ma premiery.

– No to co się dzieje?

– Głupi jest świat. Ohydnie głupi i konsumpcyjny. Nie dalej jak wczoraj stałem przed Kauflandem. To jest jakiś redyk owiec. Nawet zakupy przestały mieć jakikolwiek sens. Moja generacja musi chyba wymrzeć, bo to nie jest świat dla nas. Dla mnie wyjście do sklepu, jeśli znajdę odpowiedni sklep, jest czymś estetycznym. Dotykam materiału, spotykam sprzedawcę, rozmawiamy, coś się między nami dzieje, jakiś seans emocji. Tymczasem idę dziś do „galerii”, ktoś jeździ na wrotkach dookoła mnie, nie mam kogo spytać, gdzie jest jakaś marynarka, czuję się fatalnie, poniżony. Tam jest po prostu nieprzyjemnie, tymczasem ludziom się to podoba, spędzają tam czas.

– Ludzie też są głupi?

– Przeraźliwie. Myślę, że oni aktorstwo odbierają tak jak te sklepy. Niech pan zwróci uwagę, jaka pogarda cechuje tych, którzy kręcą dziś show-biznesem. No jak w ogóle można zatytułować serial: „M jak miłość”? Co to w ogóle jest? Ręce opadają. Jak można uważać za normalną sytuację, w której w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” nie ma gwiazd? A mówi się, że to są gwiazdy. Pojawia się jakaś sierotka, nazywa się Iksińska i mówią: gwiazda. Idźmy dalej: z czego zrobiono rezultat? Z braku rezultatu. Przecież jak ktoś śpiewa, powinien mieć piękny głos, jak ktoś biega setkę, to powinien szybko biegać, a w tym telewizyjnym świecie chodzi o to, żeby ktoś fałszował albo nie umiał biegać. Panie, to co to jest?

– Współczesność

– Jak pan zadzwonił do mnie, że mamy porozmawiać, to pomyślałem sobie: dobrze by było, żeby pan wpadł, ale po to, żebyśmy pomilczeli. Kiedyś, gdy pisałem do pana Piotra do nieba, to raz to zrobiłem. Napisałem: Kochany Panie Piotrze, data, potem była pusta kartka, a na dole mój podpis. To był najlepszy mój list do Piotra Skrzyneckiego. Nie chce mi się mówić, nie chce mi się oburzać, nie chcę mieć swojego zdania na tę współczesność. Nie mam ochoty poniżać się, oburzając się na epokę Mroczków. Jest mi to do niczego niepotrzebne, zwłaszcza że znalazłem kawałek życia dla siebie, który mi zupełnie wystarcza. Rozumie pan?

– Rozumiem. Jednak czasem pan o tym mówi, tak jak mówi pan o polityce.

– Jeżeli czasami o tym mówię, to nie jestem ja, lecz ten, który rzekomo uczestniczy w jakiejś dyskusji czy demokracji. To nie jest ten, na którym mi zależało kiedyś, żeby nim być. No, ale mówię. Mówię o polityce, bo nic z niej nie rozumiem. Dobór tych ludzi, ich zachowania to wszystko jest dla mnie niepojęte. Tak naprawdę patrzę na to jedynie słusznym okiem, jeśli pan wie, o co mi chodzi. Gdy patrzę na politykę, na wojny toczące się na świecie, na tę Polskę, ale też na nasz show-biznes, wiem na pewno tylko jedno: że powinno się wyciągnąć fiuta i naszczać na to wszystko. Na cały ten świat należałoby się odlać. No jak człowiek może zabijać człowieka w sprawie ropy naftowej? Ci, którzy rządzą tym światem, wszyscy prezydenci, wszyscy władcy, to jedna wielka zdegenerowana hołota. Przez chwilę niektórzy byli ludźmi, jak Tadeusz Mazowiecki, co było widać po pięknej twarzy, po sposobie bycia, po braku ochrony…

– Nadal pana rozumiem…

– Albo: co można powiedzieć o Wałęsie? Wiadomo: ten robotnik wykazał się charakterem. No, ale potem przypisywało mu się i nadal przypisuje jakąś nadludzką intuicję, ogromne kilogramy charyzmy, a ten jakieś pierdoły opowiada. Ale paradoksalnie to właśnie on dziś zyskuje w moich oczach.

– Dlaczego? Bo lepiej wygląda przy Kaczyńskich?

– Wie pan, przy Kaczyńskich to każdy lepiej wygląda. Rechot prezydenta w czasie podpisywania umowy o tarczy antyrakietowej zupełnie mnie przeraził. To nie był śmiech. To był jakiś koszmarny chichot do środka, bez udziału zębów. W ogóle straszny obrazek. Tusk gada po angielsku, Condoleezza udaje, że go rozumie, a ten chichocze i nim trzęsie. A podpisują coś, w czym mieszkańcy Redzikowa się gubią, a nam się wmawia, że to nie jest wycelowane w Rosję. No, panie, kpiny. Miliardy na to idą, a przecież każdy ślepak wystrzelony na poligonie to jest jeden obiad dla biednego dziecka.

– Już wiem: pan jest idealistą.

– Uważa pan, że coś w tym niewłaściwego, brzydkiego?

– Wprost przeciwnie. Po prostu to rzadkość spotkać kogoś, kto tak fajnie myśli.

– Proszę pana, ja mam po prostu zdrowy chłopski rozum. Kiedyś, gdy jeszcze sam siebie nazywałem Jackiem Nicholsonem RWPG, kręciłem film w Bułgarii. Wyszedłem na ulicę w Sofii. Raptem jakieś liny, nie mogę przejść. Pomyślałem, że zobaczę, co się dzieje. Wchodzi kolumna wojska poprzebierana w historyczne stroje, zaczyna wyć, takie: hooo!, do tego gigantyczna orkiestra. Patrzę, wychodzi z ładnego domu malutki człowieczek, wsiada do wielkiego samochodu i w tej oprawie odjeżdża. Potem w prasie przeczytałem, że wyjeżdżał jakiś konsul. Rozumie pan? Jakiś kurdupel zwany konsulem wyjeżdża wielkim samochodem, a tylu starych facetów wyje na jego cześć. Można umrzeć z paranoi. Niech sobie ten konsul będzie, ale niechże on wsiądzie gdzieś z boku i odjedzie. Co mnie obchodzi, że on jest?

– Jego pewnie też nie obchodzi, że jesteśmy my.

– Tymczasem to my ich wybieramy, oni mówią, że są wybrani wolą narodu, a potem otaczają się ochroną i się tego narodu boją. Pan wie, jaka jest różnica między Krakowem i Warszawą? Jak siedzę w Vis-a-vis i piję piwo, czasami widzę, jak w skromnej sutannie, z „Tygodnikiem Powszechnym” pod pachą, idzie, jak go nazywamy, chudy Franio Macharski i mówi nam, kwiaciarkom, ludziom: dzień dobry, dzień dobry. Widział pan kiedyś Glempa na placu Konstytucji, jak idzie z pańską gazetą pod pachą i mówi ludziom: cześć, dzień dobry? Nie widzi pan.

– Ma pan jakiś pomysł?

– Na co? Na siebie czy na świat?

– Jak pan ma na siebie w tym domu, to pewnie ma pan i na świat.

– Wie pan, ja mam tu rowery, na których nie jeżdżę, jeepa, którego nienawidzę, konie, których nie cierpię, bo mnie pewnie przeżyją, ostatnio ktoś mi dał kozę. Ale jestem tu, bo tak naprawdę nigdzie nie ma mojego miejsca. Szkoda, że nie jestem panną, bo bym powiedział, że jestem Panną Nikt. Jednak naprawdę chciałbym, żeby było coś wesołego we mnie. I chyba jest, skoro umiem się jeszcze zachwycać porami roku, ich zmiennością, niezwykłą sugestywnością. A tyle mi ich w życiu umknęło… A na świat czy mam jakiś pomysł? Cóż, trzeba to gówno zjeść do końca. Cała piękna reszta to są chwile, błyski, ulotności. Jeżeli do czegoś dorosłem w swoim myśleniu o świecie, aktorstwie, teatrze, filmie, Polsce, polityce, to do milczenia.

zrodlo i calosc wywiadu: http://film.onet.pl/0,0,1511235,1,596,artykul.html

A tu ciekawostka

Nowicki i Kazik🙂

One thought on “Mroczna epoka Mroczków – wywiad z Janem Nowickim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s