33 sceny z życia – recenzja

33sceny_stuhr_m.jpg

Najlepszy film od czasów Kieślowskiego, najwybitniejszy, najodważniejszy, najśmielszy… 6 nagród w Gdyni, 1 nagroda w Locarno… od czasów Kieslowiskiego – dobry panie, gdzie Rzym, a gdzie Krym?
Film ten to prawdziwy dramat, tylko, że kinematograficzny…

Historia:
Całość kręci się pozornie dookoła dramatu oczekiwania na śmierć matki – Basi, chorej na raka.
Jest zatem rodzina Tata, Mama, dwie córki, zięć i przyjaciel rodziny – spędzają wakacje u rodziców, później nagle okazuje się, że Basia (autorka kryminałów) jest chora na raka.
Nie znajdujemy tu jednak rodziny, która przeżywa dramat, no dobrze ten dramat trwa chwilę – później jest wkurwienie i poirytowanie, zrzucanie niewygodnego obowiązku bycia przy chorej matce, irracjonalność i mierność odruchów.
Kiedy Basia umiera wszyscy bez większego trudu oddychają z ulgą… całość dopełnia żenująca scena wyboru ubrania dla zmarłej i śmiechu na cmentarzu plus pogrywanie z zagubionego synka, który źle znosi widok trupów. No i to cały dramat. Dramat w zasadzie bezwzględnie – ukazujący nijakość.
Nie ma tu wspomnianego bolesnego rozstania z dzieciństwem czy czymkolwiek – ot pozbyliśmy się Pionkia…
Jedyne wiarygodne zagubienie, pokręcenie i żal wraz ze złością, znajduje w roli Ojca.

W tle rozgrywa się upadek małżeństwa Julii (Julia Jentsch) i Piotra (Maciej Sthur). Sthur gra jak zwykle z miną zbesztanego dziecięcia – właściwą dla kabaretów w których jeszcze się sprawdzał tu zdecydowanie irytuje, jednak jego rola wbrew plakatom jest drugoplanowa – choć jak dobrze pamiętam otrzymał za nią nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego… o zgrozo.
Julia to artystka, która zachwyca się wraz z Adrianem (Peter Gantzler) zdjęciami nowotworów – plastycznie rzecz oceniając są to kolorowe plamy na monitorze…
Rzucając się pomiędzy sztucznym i drewnianym małżeństwem z kompozytorem (Sthur próbuje mamrotać z poprawnym angielskim podczas próby orkiestry) i gnomowatym Adrianem (też niby artystą) – Julia sama nie wie czego chce i tę nijakość odgrywa ze wdziękiem zdechłej ryby. Aktorka polką nie jest więc zastosowano dubbing, który jednak ujmująco się rozjeżdża widocznie w kilku miejscach.
Adrian staje się kochankiem – niby ma coś głębokiego ale ma wdzięk zakompleksionego dziecka kiedy Julia ciągnie go do tańca.
W sumie to nie wiadomo jak to się dzieje, że coś ją ciągnie do niego… bo przecież drwią z niego razem z mężem – z dużego, niezdarnego kloca, mamroczącego coś pod nosem.

No i to wszystko – zagrane pretensjonalnie i miałko.

Jednak – podoba mi się rola Ojca (Andrzej Hudziak) zatracony ale i oddany roli. Pogubiony konkretnie, lekko cyniczny, jednak szczery… przekonywujący.
I ani film, ani historia (spłycona i mizerna), ani gra nie trafiają, nie przejmują, nie wzruszają… porównanie tego do filmów Kieślowskiego uważam za denną zagrywkę marketingową – są pewne granice.
Ktoś moim zdaniem wpompował w ten film kasę i sypnął nagrodami – jednak jakoś film szału nie wywołuje.
Całość doprawia muzyka – żenująca, film jakby miał źle zmontowany dźwięk bo muzyka wali po uszach, a dialogi są czasami nie do usłyszenia.

P.S. Jerzy Sthur nie bardzo lubi ostatnio wypowiadać się o polskim kinie, a zwłaszcza jak ognia unika wypowiedzi na temat „aktorstwa” syna – ta rola przekonuje, że Maciej nadaje się do głupawych komedii, a nie do dramatów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s